• Wpisów: 229
  • Średnio co: 14 dni
  • Ostatni wpis: 159 dni temu, 11:43
  • Licznik odwiedzin: 73 045 / 3397 dni
 
bazgra
 
konarski
 
Długo wahałam się czy i jak o tym napisać.
Rok temu w lipcu zmarł mój przyjaciel Marek Książek. Piszę o tym bo oboje byliśmy wplątani przez życie w historię Konarskiego i jego przyjaciół.
Znajomość była to dziwna i przelotna bo trwająca zaledwie kilka (chyba 5) lat, ale ważna. A te 5 lat to dużo, dość by powiedzieć coś ważnego.
Marian Konarski prowadził ożywioną działalność towarzyską i pedagogiczną w szerokim znaczeniu. W czasach gdy środowisko artystyczne było zdominowane przez akademizm ( z którego przecież został wykluczony) i kontrolowane przez władzę socjalistycznego państwa ta działalność przebrała formę prywatnych spotkań w domu artysty. Podobną działalność prowadził też inny artysta z grupy szukalszczyków Franciszek Walczowski. Spotkania w domu przy ulicy Floriańskiej w Krakowie odbywały się regularnie i miały bardziej zorganizowany charakter, a i atmosfera była inna niż w Krzeszowicach. Wśród jego gości bywał też Konarski, a Marek Książek pojawił się tam na początku lat siedemdziesiątych jako wielce obiecujący student architektury. Jak się okazało później, gdy w roku 1982 pan Franciszek umierał, spotkaliśmy się tam ... w progu, za który nie zostałam wpuszczona przez żonę - pania Zofię Walczowską, ale to osobna historia. Ten incydent po latach jednak zaowocował znajomością i zainteresowaniem twórczością Konarskiego i muszę przyznać, że Marek bardzo mi pomógł w zbieraniu materiałów na ten temat. Wspierał moje wysiłki i był jedną z nielicznych osób, które naprawdę rozumiały tę sztukę.
To co wydarzyło się w kręgu spadkobierców Szukalskiego i ich przyjaciół zasługuje na osobną opowieść, bo były to postacie barwne.
Ale dla mnie znaczące było to co wydarzyło się podczas ostatnich naszych spotkań. Marek od dłuższego już  czasu walczył z chorobą nowotworową. Przeszedł operację krtani, po której nie mógł mówić ani jeść. Tzn, mówił bezgłośnie i przyjmował tylko płyny. Paradoksalnie nasz kontakt znacznie się poprawił i porozumiewaliśmy się bez trudu. Stał się jakby bardziej ekspresyjny, prawdziwy. Stan jego zdrowia zdawał się też poprawiać ale problemem było jednak jedzenie.
-Wiesz – zaproponowałam – zróbmy sobie więc ucztę duchową.
Właśnie miałam przy sobie dużą teczkę rysunków i szkiców olejnych Konarskiego do skanowania i trochę swoich prac.
Ustawialiśmy rysunki i szkice po kolei na sztaludze przysuniętej do stołu i popijając herbatę komentowaliśmy je. Podziwialiśmy finezję rysunku, specyficzny styl cieniowania postaci, wysmakowane barwy i małe formy malarskie tworzone na skrawkach dykty pod koniec życia artysty. Oglądaliśmy też moje prace i  jego.
Rozmawialiśmy o Konarskim ale też o terapii przez sztukę i jego doświadczeniach. Powiedział mi wtedy coś naprawdę ważnego.
Przy pożegnaniu powiedział:
- To była naprawdę uczta duchowa.

Nie możesz dodać komentarza.