• Wpisów: 229
  • Średnio co: 14 dni
  • Ostatni wpis: 159 dni temu, 11:43
  • Licznik odwiedzin: 73 045 / 3397 dni
 
konarski
 
Marian Konarski: Życie w Krzeszowicach nie było jednak nudne.Konarski prowadził bogate życie towarzyskie.Wśród znajomych Konarskiego była pani Zofia Jaglarz. Ona dziś tak wspomina tę znajomość:
  Był rok 1978. W tym czasie nastąpiło wiele zmian w moim życiu. Zamieszkałam wraz z mamą w nieznanych mi przedtem Krzeszowicach, w bloku przy ul. Długiej.
Okolica piękna. Miasteczko uzdrowiskowe, okolone lasami z pięknym, choć zaniedbanym wtedy parkiem i pałacem Potockich.
 Nie znałyśmy tutaj nikogo i choć uroda tego miejsca była niewątpliwa czułyśmy się obco i nieswojo. Wkrótce jednak miałyśmy poznać kogoś wyjątkowego.
 Nasz blok sąsiadował z prywatną posesją. Był to ogród, niewielki, zadbany z domem z werandą. Po ogrodzie często biegał głośno szczekając mały miniaturowy czarny ratlerek.
Ponieważ my też miałyśmy pieska (suczkę Rozę – owczarka węgierskiego), znalazł się pretekst do wspólnej rozmowy z właścicielką wspomnianego domu. Była to kobieta oryginalnej urody, o ciemnych włosach, w rozmowie lekko zdradzająca wschodni akcent, wiek – późnobalzakowski. Zaintrygowała mnie jej osobowość, gdyż robiła wrażenie osoby tajemniczej. Na pierwszy rzut oka była otwarta, ale po chwili rozmowy czuło się, ze jest to tylko „niewielkie uchylenie drzwi”.
Po pewnym czasie zaproponowała
–    Może nas pani kiedyś odwiedzi, mój mąż jest malarzem, pozna go pani i obejrzy obrazy, pracownię.
Robiło się coraz ciekawiej w towarzystwie niedawno poznanej sąsiadki. Na razie rozmowy nasze toczyły się przez siatkę, którą był okolony ogród, przy akompaniamencie szczekania naszych piesków. Wymiana zdań dotyczyła głównie charakterów, upodobań i urody naszych pupili. Najciekawsze dla mnie zdarzenia miały dopiero nadejść. Fantazjowałam co do wyglądu męża pani sąsiadki. Sądziłam, że nosi brodę o ma ekscentryczny sposób bycia, jaki przystoi artyście. Wreszcie nadszedł umówiony dzień odwiedzin. Wchodziłam po schodach pełna napięcia. Jak będzie wyglądała rozmowa z człowiekiem sztuki, czyli z człowiekiem z „innego świata”, innej rzeczywistości, w której nigdy nie byłam. Obawy zawładnęły moją wyobraźnią. Jakież było zdziwienie, gdy zobaczyłam człowieka o ujmującym i przyjemnym wyrazie twarzy i niskiego wzrostu.
  - Marian Konarski – przedstawił się, całując mnie w rękę.
Nieprawdopodobnie normalny, kulturalny starszy pan, ale to tylko pierwsze wrażenie – pomyślałam -Jeszcze może z niego wyjść jakieś „artystyczne szaleństwo”, choć teraz  wydawało mi się to mało prawdopodobne.
  Rozmowa przy herbacie i ciasteczkach miło się toczyła w salonie pełnym obrazów i gipsowych, spatynowanych rzeźb. Herbata i ciastka, które bardzo lubił zawsze były na stole w czasie odwiedzin u państwa Konarskich.
Duże wrażenie zrobiła na mnie ok. 1,5 m rzeźba Fr. Chopina z odchyloną głowa do tyłu, wyciągniętymi rękami i układem dłoni i palców. Robiła wrażenie jakby grał na niewidzialnym fortepianie, a muzyka spływała mu z palców. Była to moja ulubiona rzeźba, na która zawsze patrzyłam z zachwytem. Piękna i sugestywna.
Tak rozpoczęła się moja kilkunastoletnia znajomość z panem Marianem, jego żoną Jadwigą i nie rozumianą dotychczas twórczością malarsko- rzeźbiarską i poetycką wspaniałego artysty. Znajomość z biegiem lat przerodziła się w bliską, niemal rodzinną. Atmosfera domu Konarskich była przepełniona sztuką. Już w korytarzu przychodzącego witały obrazy. Mnie utkwiła w pamięci „Jędza”. Był to obraz przedstawiający starą, pooraną zmarszczkami twarz starej kobiety z grymasem lekkiego uśmiechu i łagodnym spojrzeniem. Obraz był wykonany ołówkiem.
W przedpokoju zapamiętałam też wykonany gwaszem „Mrok spływający na oczy” z dużą kroplą łzy. Piszę tylko o obrazach , które bardzo wryły mi się w pamięć. W ogóle było ich bardzo dużo.
W salonie wisiał obraz z Charonem przepływającym przez Styks. Ze ściany przy oknie patrzył poważny mistrz pana Konarskiego - Stach z Warty Szukalski. Obok fotografia pana mariana, gdy wręczał Lechowi Wałęsie swój poemat „Rapsod Sierpniowy”, wydany w 1980 roku w nielegalnej drukarni. Utwór krytykował stery, zły ustrój polityczny, który obalała „Solidarność” i dawał nadzieję na nowy, lepszy świat. Na szafie królowały gipsowe głowy matki artysty, Stanisława Wyspiańskiego i postać Piłsudskiego na koniu.
 W pokoju pana mariana wisiał piekny cykl obrazów pt. „Kryształy” wykonany gwaszem. Przedstawiały one strukturę kryształu z wpisaną postacią nagiej kobiety. Ściany zdobił też smutny cykl „Mury” nawiązujący do uwięzienia politycznego i wielu niemożności człowieka.
 Rozmowy z panem Marianem były bardzo ciekawe, a czasem pełne humoru. Raz zapytałam jak to możliwe, że będąc artystą jest tak normalnym w zachowaniu człowiekiem? Odpowiedział:
-    Pani Zosiu, niech pani tego nikomu nie mówi, ale ja tylko udaję , że jestem normalny.
 Pan Marian posiadał rozległą wiedzę z dziedziny sztuki, literatury, historii ale z tego powodu nie był zarozumiały ani wyniosły. Zawsze szsnował swego rozmówcę, był tolerancyjny i wyrozumiały. W każdym geście przejawiała się jego kultura osobista i komunikatywność.
W rozmowie bardzo mu zależało by znaleźć wspólny język z rozmówcą. Gdy w wyobraźni rodziła mu się wizja nowego obrazu, chciał o tym rozmawiać. Często pytał o zdanie zaprzyjaźniona osobę, nie co do tematu, bo tego był pewien, lecz co do kolorytu, by jak najlepiej przekazać treść. Często targały nim wątpliwości, czy będzie  zrozumiany. Ale wiemy, że prawdziwa sztuka rodzi się w bólach, a artysta to szalenie wrażliwy człowiek. Każdy swój obraz traktował z czułością przynależna dziecku. To prawda on je przecież stwarzał, powoływał do istnienia.
Gdy malował był tak pochłonięty pracą, że pani Jadzia musiała mu przypominać, żeby coś zjadł. Tak dalece wchodził w temat, który przedstawiał, że chyba nie odczuwał głodu.
 Jego pracownia mieściła się na pięterku. Tu panowała atmosfera magii tworzenia. Zwiastowały ją już mocno skrzypiące schody, które przy każdym kroku mówiły,ze wchodzisz do zaczarowanego świata.
Dzienne światło wpadało przez oszklony dach, który był jedynym miejscem łączącym pracownię ze światem zewnętrznym. Sztuka wyglądała z każdego kąta. Blejtramy, przeróżne pędzle stojące na baczność w słoikach, palety farb, drabina, obrazy oparte o siebie w szeregach. W pracowni unosił się zapach terpentyny pomieszany z zapachem farb. Na honorowym miejscu stała jasnobrązowa gipsowa rzeźba „Dotknięty sztuką”. Wokół panowała twórcza cisza.
  Nie każdy miał wstęp do tego wyjątkowego miejsca. Miałam szczęście  tu bywać! To najbardziej strzeżone i osobiste zacisze artysty. Tu powstawały dzieła, tu twórca zmagał się z materią płótna lub gliny, własna wyobraźnią a często też z bólem psychicznego i fizycznego zmęczenia. Nigdy nie sądziłam, że akt tworzenia jest tak wyczerpujący, ale teraz jestem tego świadoma, gdyż pan Konarski często o tym mówił. Zaiste miał wewnętrzną siłę Herosa tworząc przez całe swe długie życie. Oddał się sztuce bez reszty.
 Jego żona Jadwiga była nie tylko muzą o kobiecych kształtach na obrazach , które tworzył, ale osobą dobrze zorganizowaną. Nie tylko uroda była jej walorem, ale pracowitość, gościnność i poczucie humoru były jej zaletami. Obok pracowni znajdował się jej przytulny pokoik w stylu secesyjnym,, ładny dywanik i niewielka szafa na odzież. Pod portretem był tapczanik. Wszystko to tworzyło przytulny klimat.
 Wielka miłością Pana Mariana oprócz żony Jadzi i sztuki była maleńka suczka Kropelka. Często trzymał ja na rękach, tulił do policzka  i głaskał. Myślę, że bardzo lubił zwierzęta. Często wspominał swego psa Negra, owczarka niemieckiego z dawnych lat. Czasami po ogrodzie biegała jasno popielata suczka, tez owczarek niemiecki. Była własnością synowej Pana Konarskiego.
 Pan Konarski opowiadał mi , że mając 5 lat wiedział, że będzie malarzem. Najpierw rysował po podłodze kawałkiem węgla, więc rodzice kupili mu ołówki, a potem zapewne kredki. Rysowanie było jego pasją...

Nie możesz dodać komentarza.