• Wpisów:230
  • Średnio co: 14 dni
  • Ostatni wpis:97 dni temu
  • Licznik odwiedzin:71 215 / 3334 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
W dniu 10 kwietnia 2015 r . w Muzeum Okręgowym w Toruniu odbył się wernisaż tej wystawy. Uroczystego otwarcia wystawy dokonał Dyrektor Muzeum Okręgowego w Toruniu - Marek Rubinowicz.


 

 
MOJE ŻYCIE TO GEJZER NA PUSTYM STADIONIE
 

 
Notatki ...
 

 
Te starsze dokumenty ukazują bogactwo inspiracji.
Mały (A5) rysunek tuszem z 1927 roku i jakaż finezja...
 

 
W 1987 roku Konarski postanawia prowadzić dziennik. Jest niezwykle skrupulatny. Ten dziennik ukazuje wiele istotnych faktów.
 

 
W ostatnim czasie bardzo wzrosło zainteresowanie twórczością Mariana Konarskiego. Udało się odnaleźć wiele interesujących dokumentów. Wśród nich wspomnienia oraz pamiętniki artysty a także artykuły prasowe z okresu jego życia. Rzucają one nowe światło na tę twórczość i ujawniają interesujące fakty. Trwają intensywne prace nad ich porządkowaniem.
Dowiadujemy się m.in., że podczas wystawy paryskiej w 1964 roku interesowali się twórczością Konarskiego znani kolekcjonerzy. Wśród nich Rajmund Duncan - brat sławnej tancerki baletowej Izadory Duncan. Ten 90-letni wówczas koneser sztuki miał swoją galerię w Dzielnicy Łacińskiej.
Zaproponowano wtedy Konarskiemu przeniesienie całej wystawy do Nowego Yorku. Potrzeba było jednak dwóch tysięcy franków na przetransportowanie skrzyń z obrazami. Konarski nie miał tych pieniędzy. Nie miał nawet na przewiezienie obrazów na dworzec kolejowy. Zdjął więc płótna z blejtramów i z rulonem pod pachą wrócił do Polski.
Interesujących informacji dostraczają też wspomnienia Konaskiego z okresu okupacji hitlerowskiej. Wyłania się zupełnie inny obraz historii...
 

 
Motywy roślinne przedstawiał w specyficzny, nieco antropomorficzny sposób.
 

 
Gwasz z 1955roku, wym. 50x60cm. Do kupienia.
Obraz jest oprawiony w ramę z szybą , dlatego w szybie widać odbicie.
 

 
Dla Krzeszowic Konarski był prawdziwym darem niebios. To on ożywił tutejsze życie kulturalne - organizował koncerty, założył grupę twórczą "Zdrój", i w końcu był inicjatorem założenia Muzeum Ziemi Krzeszowickiej.
 

 
Dlaczego Krzeszowice?

Skąd się wziął Marian Konarski w Krzeszowicach?
Ojciec Mariana pochodził ze Lwowa. Jako urzędnik skarbowy został skierowany do pracy w Chrzanowie i tu przyszedł na swiat Marian. W swoich wspomnieniach opisuje on ulicę na której mieszkał i kolegów z sąsiedniej ulicy, którą zamieszkiwali Żydzi. Ojciec Mariana Sszybko awansował i dostał pracę w Krakowie. Gdy Matka Mariana otrzymała w spadku ziemię w Krzeszowicach zbudowali tam dom i cala rodzina jeszcze przed wojną przeprowadziła się do Krzeszowic.
Tu zamieszkał Marian ze swoją pierwszą żoną Józefą i tu zastała go wojna.
 

 
Obraz "Życie w czarnych okularach " także brał udział w paryskiej wystawie w 1964 roku.
 

 
Przykłady psychologicznych zainteresowań artysty znajdujemy w jego gwaszach.
Nie brak mu także było poczucia humoru.
  • awatar J.K.: Świetne.Dobrze,że powstał blog,który przypomina o Panu Konarskim i jego sztuce.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kliknij obrazek aby powiększyć
 

 
Przesłanie tej sztuki jak się zdaje nie dla wszystkich jest jasne z bardzo prozaicznego powodu. Sam Konarski miał niezwykłą świadomość tego kim jest. Bardzo wcześnie, już jako dziecko wiedział, że chce być artystą i był nim bez przerwy od początku do końca życia. Nie cierpiał z powodu tzw. kryzysów twórczych, na które uskarżają się inni. Tworzył bardzo dużo, z wiarą , przekonaniem i pełnym zaangażowaniem. Jako młody twórca był świadomy swoich braków i cierpliwie cyzelował swój warsztat. Śmiało poszukiwał swojej twórczej drogi. Bardzo mocno umiał skupić się na samym procesie twórczym i dążył konsekwentnie do celu. We wspomnieniach z czasu okupacji pisze m.in, że podczas pracy nad „Studium holenderskim” kilkakrotnie szlifował farbę. Dość powiedzieć że jeden obraz malował 2 lata. Wojna i późniejsze życie nie szczędziły mu traumatycznych doświadczeń – pracując w konspiracji zajmował się fałszowaniem tzw. Kennkart, ratując w ten sposób wielu ludzi i był w wywiadzie, po wojnie jego żona zachorowała na dziwną, trwającą wiele lat chorobę, której nie umiano zdiagnozować i zmarła. Krytyka nie była też dla niego i jego sztuki przychylna. Mimo to rozwijał się cały czas z niezwykłą intensywnością. Co nim kierowało? Możemy zrozumieć to czytając jego wiersz „Testament”
Dzięki temu uporał się z doświadczeniami, z którymi wielu ludzi z jego pokolenia, a także następnych generacji nie uporało się do dziś.
Niestety owo „coś” wielu ludzi odkrywa wtedy gdy jest już za późno...
 

 
Warto spojrzeć na tę twórczość w znacznie szerszym kontekście. Lata 30-te XX wieku, gdy Marian Konarski rozpoczynał studia i swoją karierę artystyczną to okres bardzo interesujących poszukiwań intelektualnych. W tym czasie rodzi się nowa nauka o człowieku – psychologia. To czas intensywnych poszukiwań naukowych, rozwoju techniki i nowych koncepcji w nauce i sztuce. W tym czasie przecież odnoszą już sukcesy zafascynowani techniką futuryści, kubizm, czerpiący pełnymi garściami z psychologii surrealizm i wiele innych nowych koncepcji. Rozwija się myśl i wiedza o człowieku. A doświadczenia wojny, choć okrutne nie przekreślają tych osiągnięć. Na marginesie warto dodać, że myśl tamtych czasów była o wiele bogatsza niż przedstawiają to szkolne podręczniki i kultura masowa. Rozwijały się przecież głęboko humanistyczne nurty, jak choćby pedagogika Steinerowska, etologia czy architektura organiczna, a i w samej nauce pojawiła się mnogość różnorodnych koncepcji człowieka.
Myśl Konarskiego jest jak się zdaje głęboko psychologiczna, choć sam pewnie o tym tak nie myślał. Zajmował się zagadnieniami percepcji, selfprogramingu, dostrzegał istniejące stereotypy i poszukiwał możliwości wyrażenia swojej introspekcji. Śmiałe skróty perspektywiczne w aktach, koncepty, drobne figle w pozornie realistycznych obrazach, sięganie do poetyki innych kultur i różnorodnych tworzyw (wysoko cenił tzw. wyczucie tworzywa) to jedno wielkie poszukiwanie i zgłębianie własnej egzystencji i tożsamości. Poza tym był wrażliwy na słowo – był poetą. Stąd niektórzy nazywali tę twórczość malarstwem poetyckim. Ostatecznie odkrył on jak się zdaje to, co dzisiejsza kultura próbuje realizować za pomocą środków audiowizualnych, ale wciąż się wymyka pogoni za komercją.
 

 
Twórczość tego artysty wyraźnie dzieli się na dwa zupełnie różne okresy. Chociaż tworzył on duże bardzo odrębne cykle i można śledzić dość skomplikowany proces rozwoju jego drogi, to wyraźną granicę stanowi wojna. Jest w tym jednak pewien paradoks. O ile prace przedwojenne podejmują poważne albo wręcz ponure tematy i wyrażają jakiś wielki wysiłek; postaci są jakby z kamienia – ciężkie bryły o proporcjach olbrzymów zmagające się z własnym ciężarem i życiem, to począwszy od „Studium holenderskiego”, które przecież powstawało w najtrudniejszym okresie, na początku wojny, gdy rozpoczął pracę w konspiracji, widać wyraźny proces odkrywania i w końcu celebrowania radości życia.
Po trosze stało się tak za sprawą jego wielkiej miłości do Jadwigi – drugiej żony. Ale proces ten wyraźnie zaczął się już dużo wcześniej i był jak się zdaje świadomym wyborem i efektem bardzo konsekwentnej pracy i wewnętrznej dyscypliny.
I co ważne, działo się tak mimo zewnętrznych trudności takich jak dziwna, nigdy nie zdiagnozowana i trwająca wiele lat choroba i w końcu śmierć pierwszej żony, trudne powojenne czasy i odrzucenie przez środowisko.
A więc odkrył coś ważnego. Znalazł kamień filozoficzny?
 

 
Wspomnienia Konarskiego rzucają interesujące światło na sprawy II wojny światowej. To osobny temat, do którego warto jeszcze powrócić.
Nie mniej frapujące jest odrzucenie tego artysty przez współczesny mu oficjalny nurt. Nie chodzi tylko o słowa Estreichera.
Konarski był laureatem wielu poważnych nagród. Ale nie wszystkie jego projekty doczekały się realizacji. Wygrał m.in. w 1978 roku konkurs na pomnik Wyspiańskiego w Krakowie. Pamiętam ten projekt i pamiętam wielką wystawę pokonkursową. Projekt Konarskiego był absolutnie nowatorski – jego istotą była organizacja przestrzeni. Przestrzeń jest ściśle związana z myśleniem. A więc – myśl!
Jednak zrealizowano w Krakowie inny projekt, innego autora. No cóż, można powiedzieć: układy, prywata, polityka... ale czy tylko? Jeśli hołd wielkiemu artyście miała wyrażać przestrzeń a została ona zagospodarowana inaczej to znaczy, że proces organizujący tę przestrzeń w wyznaczony przez niego sposób po prostu się nie dokonał. To znaczy, że wzięły górę czynniki, które kształtują świadomość żyjących w tej przestrzeni i wokół niej ludzi inaczej. To dużo znaczy.
Przy okazji – ostatnio w wyniku wprowadzenia pewnych kwalifikacji formalnych związanych z wypłacaniem tantiemów okazało się, że Chopin nie należy do kultury polskiej...
Nie zdziwi mnie, gdy tak się stanie z Konarskim, jak już się zresztą stało ze Stachem z Warty.
Jeśli jakaś grupa ludzi odrzuca jednego ze swych członków to staje się po prostu inną grupą. Jeśli tą osobą jest artysta, intelektualista - to ta grupa odrzuca jakiś ważny proces intelektualny czy emocjonalny. A to niesie określone konsekwencje w realnym życiu, bo ono jest ostatecznie sumą, wcześniej podejmowanych wyborów.
Gdy mówi się o kryzysie to czy ma on jedynie ekonomiczny wymiar? Może jego przyczyny mają inne, głębsze źródła? Przychodzi mi na myśl wiele refleksji...
Warto więc może przynajmniej spróbować poznać tę myśl.
 

 
Od czasu założenia tego bloga trochę się zmieniło. M.in. pojawiło się hasło Marian Konarski w Wikipedii. (nie wiem kto je tam umieścił) . Jest tam informacja, że uzyskał on dyplom ASP po wojnie. Nie było to łatwe.
Konarski pisze w swoich wspomnieniach, że próbował rozmawiać z rektorem (Estreicherem), ale usłyszał taką oto odpowiedź:
„- Ja osobiście uważam pańską sztukę za szkodliwą.(...) bo my, proszę pana uczymy naszych studentów prawdziwego malarstwa.”
Trzeba przyznać, że w czasach sztuki eksperymentalnej, a także wśród totalnych absurdów PRLu, takie słowa stanowią klasę samą w sobie!
I chociaż Estreicher zasłynął głównie z tego, że „ruszył Kopernika” o czym opowiadają anegdoty i złośliwe wierszyki („Wstrzymał Słońce ruszył Ziemię, polskie go wydało plemię, a Estreicher z dziekanami postawił go pod krzakami”), a ten tekst kwalifikuje się jako zabytek literatury polskiej, swoista czarna perła ignorancji, to ta arogancja niosła jednak określone konsekwencje.
Zresztą Konarski napisał o tym dobitnie w swoim wierszu „Testament”
„Żyłem z wami, cierpiałem... Nie z wami, lecz obok...”
A twórczość i życie Mariana Konarskiego nadal czekają na docenienie i rahabilitację.
Konarski po wojnie czynił też starania o uzyskanie legitymacji ZBOWIDu , co też napotkało opór. Poza tym pracował przecież w konspiracji, więc trudno to było udokumentować, tym bardziej, że czas płynął i niektórzy świadkowie zdążyli umrzeć. W końcu stosowne zaświadczenie uzyskał w 1977roku. Było to dla niego ważne. Był przecież patriotą, a czasie wojny narażał swoje życie i swoich bliskich aby ratować innych. I tylko nieliczni wiedzą co było ceną tej pracy , co znaczą słowa wiersza „a w piersiach wieczny kamieniołom” napisane wiele lat po wojnie...
O swojej pracy w konspiracji pisze we wspomnieniach.
 

bazgra
 
konarski
 
Długo wahałam się czy i jak o tym napisać.
Rok temu w lipcu zmarł mój przyjaciel Marek Książek. Piszę o tym bo oboje byliśmy wplątani przez życie w historię Konarskiego i jego przyjaciół.
Znajomość była to dziwna i przelotna bo trwająca zaledwie kilka (chyba 5) lat, ale ważna. A te 5 lat to dużo, dość by powiedzieć coś ważnego.
Marian Konarski prowadził ożywioną działalność towarzyską i pedagogiczną w szerokim znaczeniu. W czasach gdy środowisko artystyczne było zdominowane przez akademizm ( z którego przecież został wykluczony) i kontrolowane przez władzę socjalistycznego państwa ta działalność przebrała formę prywatnych spotkań w domu artysty. Podobną działalność prowadził też inny artysta z grupy szukalszczyków Franciszek Walczowski. Spotkania w domu przy ulicy Floriańskiej w Krakowie odbywały się regularnie i miały bardziej zorganizowany charakter, a i atmosfera była inna niż w Krzeszowicach. Wśród jego gości bywał też Konarski, a Marek Książek pojawił się tam na początku lat siedemdziesiątych jako wielce obiecujący student architektury. Jak się okazało później, gdy w roku 1982 pan Franciszek umierał, spotkaliśmy się tam ... w progu, za który nie zostałam wpuszczona przez żonę - pania Zofię Walczowską, ale to osobna historia. Ten incydent po latach jednak zaowocował znajomością i zainteresowaniem twórczością Konarskiego i muszę przyznać, że Marek bardzo mi pomógł w zbieraniu materiałów na ten temat. Wspierał moje wysiłki i był jedną z nielicznych osób, które naprawdę rozumiały tę sztukę.
To co wydarzyło się w kręgu spadkobierców Szukalskiego i ich przyjaciół zasługuje na osobną opowieść, bo były to postacie barwne.
Ale dla mnie znaczące było to co wydarzyło się podczas ostatnich naszych spotkań. Marek od dłuższego już czasu walczył z chorobą nowotworową. Przeszedł operację krtani, po której nie mógł mówić ani jeść. Tzn, mówił bezgłośnie i przyjmował tylko płyny. Paradoksalnie nasz kontakt znacznie się poprawił i porozumiewaliśmy się bez trudu. Stał się jakby bardziej ekspresyjny, prawdziwy. Stan jego zdrowia zdawał się też poprawiać ale problemem było jednak jedzenie.
-Wiesz – zaproponowałam – zróbmy sobie więc ucztę duchową.
Właśnie miałam przy sobie dużą teczkę rysunków i szkiców olejnych Konarskiego do skanowania i trochę swoich prac.
Ustawialiśmy rysunki i szkice po kolei na sztaludze przysuniętej do stołu i popijając herbatę komentowaliśmy je. Podziwialiśmy finezję rysunku, specyficzny styl cieniowania postaci, wysmakowane barwy i małe formy malarskie tworzone na skrawkach dykty pod koniec życia artysty. Oglądaliśmy też moje prace i jego.
Rozmawialiśmy o Konarskim ale też o terapii przez sztukę i jego doświadczeniach. Powiedział mi wtedy coś naprawdę ważnego.
Przy pożegnaniu powiedział:
- To była naprawdę uczta duchowa.
 

 
Z cyklu "Kryształy" - "Kolczasta droga" gwasz 50x65cm, z 1960 roku
Obraz jest oprawiony w drewnianą ramę pomalowana srebrną farbą i szybę. Niestety na zdjęciu są widoczne odblaski odbite w szkle.
Obraz zachwyca niezwykłą precyzją rysunku i stonowaną, wyważoną kolorystyką.
 

 
Dla tych, którzy chcą rozwijać swoją osobowość i poznać twórczość jednego z najbardziej inspirujących polskich artystów wydany pośmiertnie katalog jego obrazów
 

 
Co też działo się wtedy w duszy artysty...?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Dużo od niego młodsza, czarnowłosa Jadzia była też kobietą, która robiła wrażenie na wielu osobach...
Miała w sobie coś zawadiackiego. Była bardzo samodzielna i świetnie zorganizowana. Po wojnie pracowała w wojsku, potem studiując w Krakowie znalazła pracę w służbie zdrowia przy rentgenie.
Nie wiedziała, że będzie to początek jej osobistej tragedii.
 

 
Ta niezwykła świadomość wszystkiego co robił była u Konarskiego niesamowita. Niedawno, rozmawiając z Panią Jadwigą mój wzrok przykuło jedno zdjęcie, które leżało wśród wielu innych. A właściwie napis z tyłu zdjęcia... nagle dosłownie poraziło mnie to jak olśnienie.
 

 
Wczoraj ktoś zapytał czy rzeczywiście życie w Krzeszowicach nie było nudne? Zapytałam też o to Panią Jadwigę.
- Prywatnie przyznam,że nie przepadam za tym miejscem, nie mam stamtąd dobrych wrażeń... ale może to tylko moje doświadczenie. Jednak Konarski bardzo silnie oddziaływał na to środowisko.
-Tak - przyznała Pani Jadwiga - też ma podobne wrażenia, ale rzeczywiście Konarski umiał to odmienić. Był bardzo zaangażowany w rozmaite stowarzyszenia, zapraszał studentów, muzyków,organizował towarzystwo pianistyczne, stworzył grupę twórczą "Źródło"...
Był silną osobowością. Miał niepodważalne poczucie tego kim jest.
 

 
Konarski przyciągał ludzi. Niewątpliwie był autorytetem.
 

 
Życie w Krzeszowicach nie było jednak nudne.Konarski prowadził bogate życie towarzyskie.Wśród znajomych Konarskiego była pani Zofia Jaglarz. Ona dziś tak wspomina tę znajomość:
Był rok 1978. W tym czasie nastąpiło wiele zmian w moim życiu. Zamieszkałam wraz z mamą w nieznanych mi przedtem Krzeszowicach, w bloku przy ul. Długiej.
Okolica piękna. Miasteczko uzdrowiskowe, okolone lasami z pięknym, choć zaniedbanym wtedy parkiem i pałacem Potockich.
Nie znałyśmy tutaj nikogo i choć uroda tego miejsca była niewątpliwa czułyśmy się obco i nieswojo. Wkrótce jednak miałyśmy poznać kogoś wyjątkowego.
Nasz blok sąsiadował z prywatną posesją. Był to ogród, niewielki, zadbany z domem z werandą. Po ogrodzie często biegał głośno szczekając mały miniaturowy czarny ratlerek.
Ponieważ my też miałyśmy pieska (suczkę Rozę – owczarka węgierskiego), znalazł się pretekst do wspólnej rozmowy z właścicielką wspomnianego domu. Była to kobieta oryginalnej urody, o ciemnych włosach, w rozmowie lekko zdradzająca wschodni akcent, wiek – późnobalzakowski. Zaintrygowała mnie jej osobowość, gdyż robiła wrażenie osoby tajemniczej. Na pierwszy rzut oka była otwarta, ale po chwili rozmowy czuło się, ze jest to tylko „niewielkie uchylenie drzwi”.
Po pewnym czasie zaproponowała
– Może nas pani kiedyś odwiedzi, mój mąż jest malarzem, pozna go pani i obejrzy obrazy, pracownię.
Robiło się coraz ciekawiej w towarzystwie niedawno poznanej sąsiadki. Na razie rozmowy nasze toczyły się przez siatkę, którą był okolony ogród, przy akompaniamencie szczekania naszych piesków. Wymiana zdań dotyczyła głównie charakterów, upodobań i urody naszych pupili. Najciekawsze dla mnie zdarzenia miały dopiero nadejść. Fantazjowałam co do wyglądu męża pani sąsiadki. Sądziłam, że nosi brodę o ma ekscentryczny sposób bycia, jaki przystoi artyście. Wreszcie nadszedł umówiony dzień odwiedzin. Wchodziłam po schodach pełna napięcia. Jak będzie wyglądała rozmowa z człowiekiem sztuki, czyli z człowiekiem z „innego świata”, innej rzeczywistości, w której nigdy nie byłam. Obawy zawładnęły moją wyobraźnią. Jakież było zdziwienie, gdy zobaczyłam człowieka o ujmującym i przyjemnym wyrazie twarzy i niskiego wzrostu.
- Marian Konarski – przedstawił się, całując mnie w rękę.
Nieprawdopodobnie normalny, kulturalny starszy pan, ale to tylko pierwsze wrażenie – pomyślałam -Jeszcze może z niego wyjść jakieś „artystyczne szaleństwo”, choć teraz wydawało mi się to mało prawdopodobne.
Rozmowa przy herbacie i ciasteczkach miło się toczyła w salonie pełnym obrazów i gipsowych, spatynowanych rzeźb. Herbata i ciastka, które bardzo lubił zawsze były na stole w czasie odwiedzin u państwa Konarskich.
Duże wrażenie zrobiła na mnie ok. 1,5 m rzeźba Fr. Chopina z odchyloną głowa do tyłu, wyciągniętymi rękami i układem dłoni i palców. Robiła wrażenie jakby grał na niewidzialnym fortepianie, a muzyka spływała mu z palców. Była to moja ulubiona rzeźba, na która zawsze patrzyłam z zachwytem. Piękna i sugestywna.
Tak rozpoczęła się moja kilkunastoletnia znajomość z panem Marianem, jego żoną Jadwigą i nie rozumianą dotychczas twórczością malarsko- rzeźbiarską i poetycką wspaniałego artysty. Znajomość z biegiem lat przerodziła się w bliską, niemal rodzinną. Atmosfera domu Konarskich była przepełniona sztuką. Już w korytarzu przychodzącego witały obrazy. Mnie utkwiła w pamięci „Jędza”. Był to obraz przedstawiający starą, pooraną zmarszczkami twarz starej kobiety z grymasem lekkiego uśmiechu i łagodnym spojrzeniem. Obraz był wykonany ołówkiem.
W przedpokoju zapamiętałam też wykonany gwaszem „Mrok spływający na oczy” z dużą kroplą łzy. Piszę tylko o obrazach , które bardzo wryły mi się w pamięć. W ogóle było ich bardzo dużo.
W salonie wisiał obraz z Charonem przepływającym przez Styks. Ze ściany przy oknie patrzył poważny mistrz pana Konarskiego - Stach z Warty Szukalski. Obok fotografia pana mariana, gdy wręczał Lechowi Wałęsie swój poemat „Rapsod Sierpniowy”, wydany w 1980 roku w nielegalnej drukarni. Utwór krytykował stery, zły ustrój polityczny, który obalała „Solidarność” i dawał nadzieję na nowy, lepszy świat. Na szafie królowały gipsowe głowy matki artysty, Stanisława Wyspiańskiego i postać Piłsudskiego na koniu.
W pokoju pana mariana wisiał piekny cykl obrazów pt. „Kryształy” wykonany gwaszem. Przedstawiały one strukturę kryształu z wpisaną postacią nagiej kobiety. Ściany zdobił też smutny cykl „Mury” nawiązujący do uwięzienia politycznego i wielu niemożności człowieka.
Rozmowy z panem Marianem były bardzo ciekawe, a czasem pełne humoru. Raz zapytałam jak to możliwe, że będąc artystą jest tak normalnym w zachowaniu człowiekiem? Odpowiedział:
- Pani Zosiu, niech pani tego nikomu nie mówi, ale ja tylko udaję , że jestem normalny.
Pan Marian posiadał rozległą wiedzę z dziedziny sztuki, literatury, historii ale z tego powodu nie był zarozumiały ani wyniosły. Zawsze szsnował swego rozmówcę, był tolerancyjny i wyrozumiały. W każdym geście przejawiała się jego kultura osobista i komunikatywność.
W rozmowie bardzo mu zależało by znaleźć wspólny język z rozmówcą. Gdy w wyobraźni rodziła mu się wizja nowego obrazu, chciał o tym rozmawiać. Często pytał o zdanie zaprzyjaźniona osobę, nie co do tematu, bo tego był pewien, lecz co do kolorytu, by jak najlepiej przekazać treść. Często targały nim wątpliwości, czy będzie zrozumiany. Ale wiemy, że prawdziwa sztuka rodzi się w bólach, a artysta to szalenie wrażliwy człowiek. Każdy swój obraz traktował z czułością przynależna dziecku. To prawda on je przecież stwarzał, powoływał do istnienia.
Gdy malował był tak pochłonięty pracą, że pani Jadzia musiała mu przypominać, żeby coś zjadł. Tak dalece wchodził w temat, który przedstawiał, że chyba nie odczuwał głodu.
Jego pracownia mieściła się na pięterku. Tu panowała atmosfera magii tworzenia. Zwiastowały ją już mocno skrzypiące schody, które przy każdym kroku mówiły,ze wchodzisz do zaczarowanego świata.
Dzienne światło wpadało przez oszklony dach, który był jedynym miejscem łączącym pracownię ze światem zewnętrznym. Sztuka wyglądała z każdego kąta. Blejtramy, przeróżne pędzle stojące na baczność w słoikach, palety farb, drabina, obrazy oparte o siebie w szeregach. W pracowni unosił się zapach terpentyny pomieszany z zapachem farb. Na honorowym miejscu stała jasnobrązowa gipsowa rzeźba „Dotknięty sztuką”. Wokół panowała twórcza cisza.
Nie każdy miał wstęp do tego wyjątkowego miejsca. Miałam szczęście tu bywać! To najbardziej strzeżone i osobiste zacisze artysty. Tu powstawały dzieła, tu twórca zmagał się z materią płótna lub gliny, własna wyobraźnią a często też z bólem psychicznego i fizycznego zmęczenia. Nigdy nie sądziłam, że akt tworzenia jest tak wyczerpujący, ale teraz jestem tego świadoma, gdyż pan Konarski często o tym mówił. Zaiste miał wewnętrzną siłę Herosa tworząc przez całe swe długie życie. Oddał się sztuce bez reszty.
Jego żona Jadwiga była nie tylko muzą o kobiecych kształtach na obrazach , które tworzył, ale osobą dobrze zorganizowaną. Nie tylko uroda była jej walorem, ale pracowitość, gościnność i poczucie humoru były jej zaletami. Obok pracowni znajdował się jej przytulny pokoik w stylu secesyjnym,, ładny dywanik i niewielka szafa na odzież. Pod portretem był tapczanik. Wszystko to tworzyło przytulny klimat.
Wielka miłością Pana Mariana oprócz żony Jadzi i sztuki była maleńka suczka Kropelka. Często trzymał ja na rękach, tulił do policzka i głaskał. Myślę, że bardzo lubił zwierzęta. Często wspominał swego psa Negra, owczarka niemieckiego z dawnych lat. Czasami po ogrodzie biegała jasno popielata suczka, tez owczarek niemiecki. Była własnością synowej Pana Konarskiego.
Pan Konarski opowiadał mi , że mając 5 lat wiedział, że będzie malarzem. Najpierw rysował po podłodze kawałkiem węgla, więc rodzice kupili mu ołówki, a potem zapewne kredki. Rysowanie było jego pasją...
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
W ogrodzie koło domu.
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

Przed oczyma
notes życia kładę
Saldo uzupełnić
chcę do zera
Może dopiero teraz
żyć naprawdę zaczynam
gdy umieram.

Wiersz napisany 7 dni przed śmiercią -
niedawno znaleziony rękopis.
 

 
Ciekawy artykuł o Stanisławie Szukalskim i jego związku z Lonardo di Caprio:
http://www.wprost.pl/ar/128152/Polski-dziadek-DiCaprio/
 

 
Jedna z ostatnich prac... niedokończona..